Życie na misji. Arte Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna

Życie na misji. Arte Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna

3
UDOSTĘPNIJ

Arte Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna powstała jako kontynuacja pracy, którą zajmują się członkowie Misji Nowa Nadzieja w Bielawie. Jest to organizacja prowadzona na własny rachunek i odpowiedzialność. Bez wątpienia jej atutem jest współpraca z instytucjami i organizacjami, które prowadzą działalność gospodarczą. O tym jak działa Spółdzielnia Socjalna, kto może do niej należeć, a także kto powinien skorzystać z pomocy wolontariuszy opowiedział nam jej założyciel Jarosław Pilecki.

Katarzyna Krzak: Do niedawna mogliśmy usłyszeć o Misji Nowa Nadzieją, czym zatem jest Spółdzielnia Socjalna?

Jarosław Pilecki
Jarosław Pilecki

: Arte Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna jest kontynuacją tego, co do tej pory robiliśmy. W naszej placówce jest czterdziestu mężczyzn, którzy wychodząc z uzależnienia mogą powrócić do pracy, najczęściej jest to branża budowlana. Jak wiadomo na budowach często jest alkohol i papierosy, te wszystkie rzeczy, bez których uczyli się tu żyć. Zachęceni przez członków Fundacji Fres z Wałbrzycha, po trzech latach współpracy zdecydowaliśmy się założyć własną działalność. Skorzystaliśmy z pomocy finansowej, ze środków unijnych i dziś możemy cieszyć się prowadzeniem spółdzielni. Osoby, które wcześniej walczyły z uzależnieniem, kończąc terapię, mogą pozostać w spółdzielni, w której pracują, zarabiają na siebie, uczą się życia.

K.K.: Czy osoby uzależnione mieszkają wspólnie w hostelu?

J.P.: Czterdzieści osób zamieszkuje hostel. Oczywiście są również członkowie dochodzący, rotacja jest bardzo duża. Część osób odchodzi, po zakończonej terapii, wyprowadza się do własnych mieszkań, niektórzy otrzymali mieszkania z projektu, zdarzają się i tacy mężczyźni, którzy zdecydowali się wynająć stancję, inni założyli rodziny, mają żony i dzieci. Niestety nie wszyscy nadają się do pracy. Tu ludzie uczą się wszystkiego od podstaw.

K.K.: Zauważyłam, że spółdzielnia bierze udział w konkursie, czego on dotyczy?

J.P.: Zostaliśmy zgłoszeni do tego konkursu, przez pewną fundację, która dostrzegła w nas pewien potencjał, którego my nie dostrzegamy. Uważamy, że to co robimy na co dzień jest czymś zupełnie normalnym, a ludzie z zewnątrz widzą, że pomagamy uzależnionym, bezdomnym i mówią, że te działania są niesamowite. Konkurs polega nie tylko na głosowaniu. Do nas przyjechali specjaliści od spraw ekonomicznych i społecznych. Przeglądali nasze dokumenty i ostatecznie ocenili naszą placówkę bardzo wysoko, gdyż dostaliśmy się do finału, a ten odbędzie się 22 października w Pałacu Prezydenckim w Warszawie.

K.K.: Świetne wyróżnienie, czy ono motywuje?

J.P.: Jesteśmy w szóstce najlepszych przedsiębiorstw w Polsce kategorii Pomysł na Rozwój. Już samo to, jest ogromnym wyróżnieniem. Jest jednak szansa, że wynik ten zostanie poprawiony. Organizatorzy zachęcają ogół społeczeństwa, do tego by zaczęło dostrzegać przedsiębiorstwa społeczne, które nie są nastawione na zysk. Dlatego każdy mógł oddać na nas głos za pomocą portalu społecznościowego.

K.K.: Wiem również o tym, że dzielicie się żywnością z potrzebującymi?

J.P.: Mamy pod opieką ponad tysiąc osób, są to mieszkańcy Bielawy, w tym jest kilkaset dzieci, które mogą co miesiąc skorzystać z naszej pomocy. Wszystko to co robimy, robimy w ramach wolontariatu, u nas nie ma żadnych etatów, zatem wszyscy pracownicy robią to nieodpłatnie. Mamy podpisaną umowę z Bankiem Żywności, dostajemy sporo owoców i innych produktów spożywczych, którymi dzielimy się z mieszkańcami miasta i z innymi organizacjami. Tego jest tak wiele, że trzeba obdarować potrzebujących, by jedzenie się nie zmarnowało. Ludzie dostają po 10- 20 kg melonów, arbuzów, nektarynek czy marchewki.

K.K.: Kto może się do Was zgłosić po pomoc?

J.P.: Każdy może przyjść, my nikogo nie odprawimy z kwitkiem. Nie potrzebujemy zaświadczeń o zarobkach. Niejednokrotnie wydawało nam się, że dana osoba jest dobrze sytuowana, po czym okazuje się, że nie ma ona co jeść. Różne sytuacje zdarzają się w życiu i my musimy to zrozumieć. Wiele osób się wstydzi powiedzieć, że coś jest nie tak, ale my, swoimi drogami docieramy do nich. Takie osoby powinny zgłosić się do naszej Misji.

K.K.: Wracając do osób, które tu przebywają, czy ci mężczyźni byli uzależnieni tylko od alkoholu i narkotyków?

J.P.: Nie, byli to alkoholicy, narkomanii, jak również lekomanii czy uzależnieni od hazardu. Wachlarz jest bardzo szeroki, zdarzają się i osoby, które część swojego życia spędziły w więzieniu, mamy też u nas byłego komendanta policji, byłego dzielnicowego, komandosa, który był w Bośni na manewrach, jest były Franciszkanin. Dziwna grupa, mógłby ktoś pomyśleć, jednak te osoby razem mieszkają, pracują i dogadują się. My wszyscy żyjemy na jednym poziomie, nie ma tu hierarchii.

K.K.: Czy jako instytucja możecie liczyć na wsparcie chociażby władz miasta?

J.P.: Ten budynek, w którym się obecnie znajdujemy (ul. Nowobielawska 5) otrzymaliśmy od urzędu miasta w Bielawie. Był on przeznaczony do rozbiórki, już nawet zapadła taka decyzja administracyjna, gdyż nie opłacało się go wyremontować. Kosztorys wyceniono na 360 tysięcy złotych, my swoimi rękoma zrobiliśmy wszystko sami. Sam napisałem blisko pięć tysięcy listów do różnego rodzaju firm i instytucji, a te nam pomagały, tak jak tylko same mogły. Każda rzecz, która tu jest ma swoją historię, zatem lista osób, którym chciałbym podziękować jest bardzo długa. Na naszej stronie internetowej są wypisani wszyscy darczyńcy.

K.K.: Do Misji trafiają osoby z całej Polski?

J.P.: Tak oczywiście. Ci ludzie zazwyczaj chcą uciec z miejsc, które przypominają im o uzależnieniu. Bielawianie często też wyjeżdżają do ośrodków położonych z dala od ich domów. Tam czują się pewniej. Powrót do stałego miejsca pobytu, może kojarzyć się z powrotem do nałogu.

K.K.: Każdego roku organizujecie Świąteczną Niespodziankę dla najmłodszych mieszkańców miasta, skąd powstał pomysł na taką akcję?

J.P.: W ubiegłym roku zrobiliśmy 1200 paczek. Każda jest indywidualna. Jest to element naszej pracy z drugim człowiekiem, osobą przebywającą na terapii. To nasi podopieczni pakują prezenty dla dzieci. Każda jest inna, imienna, dostosowana do płci i wieku. Dzieci dostają zaproszenia do rąk własnych, by nie zapomniały o tym, że czeka na nich niespodzianka. Dzięki tej pracy nasi chłopcy uczą się empatii, budzą się w nich przyjemne uczucia i chęć niesienia pomocy komuś słabszemu, w tym przypadku chodzi o dzieci. Już zbieramy produkty na tegoroczne paczki, nasi wolontariusze kwestują w marketach w całym mieście.

K.K.: Wiem, że ludzie mogą Was wesprzeć nie tylko finansowo, ale przede wszystkim rzeczowo?

J.P.: Do nas ludzie dzwonią, piszą, że mają np. meble do oddania i nam je przywożą lub my po nie jedziemy. Wiemy, że w mieście jest wiele potrzebujących rodzin, którym mogą się te rzeczy przydać.

K.K.: Czy jeżeli ktoś zgłasza się do Misji musi zrezygnować ze swojej dotychczasowej religii?

J.P.: Absolutnie nie. Ludzie wiele rzeczy mówią, które niekoniecznie są prawdziwe. Nie zwracamy uwagi na denominację. My jesteśmy Chrześcijanami, czytamy tę sama Biblię co Katolicy i staramy się wprowadzać to w życie. Nie ma dla nas znaczenia czy ktoś jest wierzący lub jest ateistą. Przychodzi do nas, a my chcemy mu tylko pomóc. Nie udajemy kogoś kim nie jesteśmy.

 piatek gazeta 012

Katarzyna Krzak, fot. Katarzyna Krzak

katarzyna.krzak@tygodnik.info.pl

3 KOMENTARZE

Comments are closed.