„Wyprawa ECO BIELAWA Kazbek 2014 zakończona sukcesem!”

„Wyprawa ECO BIELAWA Kazbek 2014 zakończona sukcesem!”

20
0
PODZIEL SIĘ

1 września  uczestnicy wyprawy ECO BIELAWA Kazbek 2014 stanęli na drugim najwyższym szczycie Gruzji. Zapraszamy do przeczytania relacji z wyprawy.

Kazbek (5.034 m npm) – drugi co do wysokości szczyt Gruzji położony w paśmie Wielkiego Kaukazu, 160 km na północ od Tbilisi. Na przełomie sierpnia i września br. w trzyosobowym zespole – Zbigniew Bigaś (Tarnów), Paweł Józwik (Lublin) i Przemysław Wojda (Wrocław / Dzierżoniów), spróbowaliśmy naszych sił w jego zdobyciu, a wyglądało to tak.

Dojechaliśmy, na czas i w komplecie! Ale łatwo nie było. Droga do Pyrzowic wydaje się być łatwa, ale dla nas tego dnia nie była. Po wygranej walce z nadprogramowymi kilogramami nadajemy bagaże, a już chwilę później siedzimy wygodnie w fotelach czekając na start. Lot mija szybko i przed szóstą rano lądujemy szczęśliwie w Kutaisi. Dla odwiedzających Gruzję po raz pierwszy zaskoczeniem może być obowiązkowe zdjęcie wykonywane przez służby graniczne każdemu z przyjezdnych. Poza tym jest jak na typowym europejskim lotnisku.

Zabieramy bagaż szybko przenosząc się do marszrutki (kilkunastoosobowe busy, w Gruzji są pierwszym środkiem transportu publicznego) i z przesiadką w stołecznym Tbilisi dojeżdżamy do ostatniej przed wyjściem w góry miejscowości – Kazbegi (1.730 m npm). Tutaj na przywitanie niemiłe zaskoczenie – wszystkie spotkane przez nas zespoły, które w ostatnich dniach próbowały swoich sił w wejściu na szczyt rezygnowały z powodu trudnych warunków pogodowych. Małooptymistyczny prognostyk, ale z drugiej strony, jeśli było źle, to w końcu musi być też dobrze, nawet z humorzastą pogodą na Kazbeku. Przepakowujemy bagaże, uzupełniamy zapasy wody i ruszamy w górę. Plan minimum na dzisiaj to dojście do biwaku przy monastyrze na wysokości ok. 2.100 m.

Do monastyru prowadzą dwie drugi: długa, ale wypłaszczona – wybierana przez taksówki 4×4 wwzożące mniej mobilnych turystów i krótka, ale stroma – wybierana zwykle przez pieszych. Waga plecaka pomaga podjąć nam decyzję i ruszamy zmotoryzowaną ścieżką do góry. Szybko łapiemy wysokość i już po ok. 1,5 h dochodzimy na miejsce. Tutaj narada nad ewentualnym wyjściem wyżej, ale z powodu mgły decydujemy się zostać na noc przy monastyrze. Rozbijamy namiot obok nowopoznanej ekipy z Warszawy (też zamierzają wejść na szczyt), kolacja i do śpiworów, bo jutro pracowity dzień.

Ranek przywitał nas pięknym słońcem i w końcu mogliśmy nacieszyć oko widokiem majestatycznej Góry. Zapraszała do wejścia więc nie czekając długo zwinęliśmy obozowisko i ruszyliśmy. Droga na szczyt zwykle

Zdjęcie_1_male

                                                                                        Fot. Zbigniew Bigaś

planowana jest na 3 dni (przy założeniu sprzyjających warunków pogodowych) i zawiera dojście do dawnej stacji meteorologicznej (obecnie Schroniska Betlehemi) na wysokości 3.700 m npm, dzień aklimatyzacyjny i dzień szczytowy. Plan ten bywa rozciągany o dodatkowy dzień na dojście i aklimatyzację na plateau na wysokości 4.400 m npm, ale czasem bywa też (dobrowolnie, gdy zespół zaaklimatyzował się na innej górze lub przymusowo, gdy zapowiadane jest krótkie okno pogodowe) skracany o dzień aklimatyzacyjny, i ten drugi scenariusz wisiał w powietrzu nad naszą wyprawą. Tempo mamy dobre, dwie godziny od wyjścia dochodzimy do przełęczy Arsha na wysokości 2.940 m npm, a kolejne dwie godziny później jesteśmy już przy Lodowcu Gergeti (3.260 m npm). Po drodze minęliśmy duży zespół z Iranu i dwóch turystów z Izreala wyznających sobie przyjaźń… nie moglismy odmówić sobie wspólnego zdjęcia, obowiązkowo ze sponsorerm.

Zdjęcie_2_male

Przy dobrej widoczności i należytej ostrożności Lodowiec nie stanowi większego zagrożenia, ale jak tylko osiądzie na nim mgła, to gęsto usiane szczeliny stają się nieprzyjemne do przejścia. Na szczęście dla nas trafiliśmy w dzień bezmgielny i po kolejnych dwóch godzinach byliśmy już przy stacji meteo. Kilka lat temu stacja została przemianowana na schronisko górskie, ale bywalcy schronisk alpejskich czy nawet polskich jedyne podobieństwo odnajdą tutaj w nazwie „schronisko”, natomiast miłośnicy twórczości Q Tarantino czy R Rodrigueza znajda wiele wspólnego z charakterystycznymi scenami filmu „Od zmierzhu do świtu”.

Zdjęcie_3_maleFot. Zbigniew Bigaś

Na miejscu powielają się zasłyszane wczesniej prognozy o dobrej pogodzie na następny dzień, co po utrzymującej się przez ostatnie dni tzw. dupówie wywołuje niemałe poruszenie. Kombinujemy, jak to zrobić by nie stracić szansy na wejście. Czekać wg przykazania jeszcze jeden dzień żeby przewentylować płuca, ale wiedząc, że pogoda może się nie powtórzyć czy korzystać z okazji, mimo braku wystarczającej aklimatyzacji? Idziemy! Żeby zwiększyć swoje szanse podchodzimy godzinę ze stacji meteo do tzw. czarnego krzyża na ok. 3.800 m npm i rozbijamy obóz. Omawiamy plan na atak, budziki ustawiamy na 2:15 i kładziemy się. Kładziemy się, bo o śnie nie ma mowy, wysokość robi swoje i pozostaje nam tylko przewracanie się z boku na bok w oczekiwaniu na godzinę zero.

Dzwonią dzwony. Rzut oka na zewnątrz – niebo zachmurzone, ale nie pada i mamy dość dobrą widoczność. Odpalamy kochery i jetboile, szybkie kolacjo-śniadanie, naciągamy garderobę i naprzód. Początek nie jest wesoły, bo po kwadransie od wyjścia gubimy drogę i zaczyna padać śnieg. Dobrą chwilę miotamy się z kierunkiem marszu, ale znajdujemy światła czołówek ekipy, która wyszła 20 minut wcześniej i idziemy za nimi.

Zdjęcie_4_male

                                                                                     Fot. Przemysław Wojda

Droga biegnie niewygodnymi piargami, by po ok. godzinie wejść na lodowiec. Związujemy się liną, bo tutaj znów szczeliny, a na deser spadające ze ściany skalnej kamienie. Przechodzimy odcinek szczelin, niebo zaczyna się powoli rozjaśniać, ale nam daje się we znaki brak aklimatyzacji – oddech coraz cięższy, przerwy co kilkadziesiąt kroków i coraz częstsze spoglądanie na wysokościomierz. Ok. 6:30 docieramy do plateau na wysokości ok. 4.400 m npm, z niecierpliwością wyczekując słońca. Jest, wznosi się zza horyzontu, ale świeci nam w oczy. Zatrzymujemy się na nastromionym zboczu żeby wyciągnąć i założyć okulary i zgodnie z którymś prawem Murphy’ego, że jeśli może się popieprzyć, to się popieprzy Paweł upuszcza swoje okulary, a te zlatują 200 m w dół. To nie koniec. Paweł szedł pierwszy na linie, ale bez okularów nie może prowadzić więc zmieniam się z nim. Żeby przewiązać linę ściągam rękawicę, a ta leci śladem okularów. Sic! Później jeszcze upuścicliśmy dogrzewacze, ale tych na szczęście był zapas.

Przewiązaliśmy się w końcu, założyłem dwie pary rękawiczek polarowych zamiast zimowych i poszliśmy w górę. Mozolnie metr za metrem z przystankami co kilkadziesiąt kroków dochodzimy do ostatniego zbocza przed kopułą szczytową. Mimo odczuwalnego mrozu, pół godziny do plateau mija nam bardzo szybko. I już widać go, jest na wyciągnięcie ręki. Ostatnie 100 metrów trawersu stromej kopuły i ok. 9:15 wchodzimy na szczyt. Wymarzona widoczność, jest pięknie. Uściski, zdjęcia, zachwyty nad widokami toast z herbaty i wracamy.

Zdjęcie_5_male

                                                                                        Fot. Michał z Wrocławia

Droga powrotna zajęła nam ok. 4, a cały atak ok. 10 godzin. Udało nam się wrócić bezpiecznie do bazy bez żadnych znaczących uszczerbków na zdrowiu. Następnego dnia na górze panowały również dobre warunki pogodowe, ale kolejne dni przyniosły już jesienne opady uniemożliwiając wejście.

Kończąc, chciałbym serdecznie podziękować Zbyszkowi i Pawłowi za powodzenie wyprawy, natomiast firmie ECO BIELAWA za jej finansowe wsparcie.

Migawki z wyprawy: https://www.youtube.com/watch?v=kFJhpUfwj7A

Przemysław Wojda

BRAK KOMENTARZY