BEZWZGLĘDNE LEŻENIE

BEZWZGLĘDNE LEŻENIE

27
1
PODZIEL SIĘ

BEZWZGLĘDNE LEŻENIE. Taki napis widnieje na dwóch łóżkach w trzyosobowej sali oddziału chirurgii dzierżoniowskiego szpitala.

bezwzględne leżenie 1

To „wątrobowcy”, którzy doznali intensywnego krwotoku wewnętrznego na skutek pęknięcia żylaków przewodu pokarmowego. Podpisali, że jeśli wstaną, to na własną odpowiedzialność. Mają przetaczaną krew i podawane środki przeciwkrwotoczne. Każdy wysiłek albo gwałtowny ruch grozi wzrostem ciśnienia w żyle wrotnej doprowadzającej krew do wątroby i kolejną nagłą erupcją krwi do przewodu pokarmowego. W ciągu kilkunastu sekund można stracić blisko dwa litry krwi. Bez natychmiastowej interwencji medycznej i przy kolejnym krwotoku, który może się zdarzyć choćby kilka minut później, oznacza to szybką śmierć.

Leżący na trzecim łóżku 57-letni Janusz Kruszko, nie ma nakazu leżenia, ale nie wstaje ani nie chodzi. Bezwzględnie leży z tej prostej przyczyny, że tydzień wcześniej amputowano mu obie nogi w okolicach kolan. Każde dotknięcie niezagojonych kikutów boli niemiłosiernie. Pije po kilka kaw dziennie, takich á la PRL, sypanych do szklanki, i rozwiązuje krzyżówki. Chętnie by zapalił.

– Kawa, papieros i krzyżówka, to moje największe przyjemności – mówi i wspomina – najlepiej mi było, kiedy mieszkałem z rodzicami. Ojciec by za mnie w ogień wskoczył…

Jego życie toczy się w sposób typowy dla mieszkańca Wałbrzycha. Gdy Gierek dochodzi do władzy, chłopak rozpoczyna w zasadniczej szkole zawodowej edukację zakończoną tytułem „ślusarz-mechanik”. Zaraz potem wpada pod ciężarówkę i długo leży połamany. Dzień po zdjęciu gipsu komisja wojskowa kieruje go do odbycia służby w jednostce lotniczej w Lublinie.

– Januszek będzie lotnikiem! – cieszy się ojciec.

Służy tylko trzy miesiące. Skutki wypadku nie pozwalają na więcej. Wraca do Wałbrzycha, podejmuje pracę, żeni się. Zawsze ugodowy, nie stawia się, chętnie robi, co mu proponują.

– Pracę zmieniałem co kilka-kilkanaście miesięcy – wspomina. – Możliwości była masa. Co gdzieś zacząłem pracować, okazywało się, że obok dają lepsze warunki. Wszędzie brakowało rąk do pracy. Zakłady podkradały sobie pracowników.

Dziś większość fabryk i kopalń już nie istnieje, a Janusz ma kłopoty z zebraniem świadectw pracy potrzebnych do uzyskania renty. W poprzednim świecie o tym nie myślał, życie toczyło się na bieżąco. Aż do zmiany ustroju, kiedy okazuje się, że państwowe fabryki są niepotrzebne, a wraz z nimi przestaje być przydatny dobiegający czterdziestki absolwent zawodówki. Nie przejmuje się tym specjalnie. W końcu pracowity, z doświadczeniem, niestary jeszcze znajduje kolejne prace. Coraz mniej płatne i na coraz bardziej śmieciowych umowach, albo i bez nich. Nieraz po kilkanaście godzin, by tylko na sen wrócić do dużego, mieszkania swoich rodziców. Alkoholu nie odmawia, ale i specjalnie nie nadużywa, zwłaszcza po tym, jak po dużej wódce jeden z kumpli uczy go spawać. Bez maski. Omal przez to nie traci wzroku. Z żoną przestaje się układać, rozwodzą się.

Najpierw umiera ojciec. Potem matka. Za jej życia planują, że matka notarialnie przepisze swoje mieszkanie córce Janusza, z prawem wprowadzenia się po swojej śmierci. Wtedy Janusz przeprowadzi się do mniejszego mieszkania zajmowanego przez córkę. Nie zdążyli. W efekcie sąd dzieli spadek ustawowo, między całą rodzinę. Januszowi przypada jedna szósta. Sprawy bierze w ręce jego brat. Obiecuje sprzedać lokal i podzielić pieniądze zgodnie z orzeczeniem sądu.

– Szybko, musisz stąd wychodzić, mam kupca – brat wpada nagle, w styczniowy wieczór.

Janusz zakłada kurtkę. Chodzi po Wałbrzychu kilka godzin. Na dwudziestostopniowym mrozie skrzypi śnieg. Nie pamięta kiedy traci przytomność. Odzyskuje ją z odmrożonymi nogami w szpitalu. Kompleksowe badania ujawniają jeszcze raka płuc. Janusz nie wie, czy są przerzuty. Myśli tylko o nogach. Trafia do szpitala w Rościszowie. Nogi są w coraz gorszym stanie, w końcu stopy odpadają. W maju, w Dzierżoniowie trzeba amputować również podudzia. Po tygodniu powrót do Rościszowa.

– Tam jest pięknie jak na jakichś wczasach w górskim hotelu i personel fajny. Muszę się nauczyć życia na nowo. Chciałbym własny wózek, którym można pojechać na spacer, poza szpital… Jedna pani doktor obiecała mi pomoc przy załatwianiu renty. Będę miał tej renciny 418 złotych.

To na pewno za mało na kawę, papierosy i krzyżówki, nie mówiąc o kupnie wózka, czy porządniejszych protez. Może gdyby dostał swój udział za mieszkanie matki. Byłoby tego z dziesięć tysięcy, albo i ze dwanaście. Ale brat się nie odzywa, nie wiadomo, czy sprzedał lokal. Córka też nie daje znaku życia.

– Na oddziale pacjent ma wózek do dyspozycji – informuje pracownica szpitala w Rościszowie. – Z powodu choroby nowotworowej zostanie u nas. Ma pełną opiekę paliatywną. Gdyby jego dalszy pobyt w szpitalu okazał się nieuzasadniony, poszukamy mu miejsca w domu pomocy społecznej. Nikogo bezdomnego nie wyrzucamy na ulicę po zakończeniu procesu leczenia.

Oby tak się stało i oby w przypadku umieszczenia w domu pomocy społecznej udało się załatwić wózek. Bez niego Janusza czeka bezwzględne leżenie.

Piotr Laskowski

piotr.laskowski@tygodnik.info.pl

1 KOMENTARZ

Comments are closed.